Wspomnienia Zenona Resiaka spotkały się z bardzo dużym zainteresowaniem, dlatego z przyjemnością zapraszamy na drugą ich część. Przypomnijmy, że pierwszą zakończyliśmy, gdy nasi bohaterowie znaleźli się na pełnym morzu.

* * *

Była chyba szósta nad ranem. Mgła taka, że nic nie widać, ale słychać było dziwne mruczenie. Siedziałem pierwszy w kajaku i nagle patrzę a przede mną wyrósł jak spod ziemi wielki, siwy okręt. I stoi. Co tu zrobić? Po cichu wiosłowaliśmy, żeby go ominąć. Witek tylko oglądał się przez ramię, czy szalup nikt nie spuszcza. W tej mgle nas chyba nie widzieli.

Między Niechorzem a Kołobrzegiem budowali jakieś wyrzutnie rakietowe. Wyrywali ziemię dynamitem. Słychać było wybuchy i nie musiałem na kompas patrzeć, żeby wiedzieć, że płynę na północ.

Wieczorem pogoda się popsuła. Deszcz zaczął padać i wiatr się wzmógł. Przykryliśmy się tym jedynym płaszczem, który nam został, i płynęliśmy. Fale były takie duże, jak kościół największy, jaki widziałem. Później duńska policja nam powiedziała, że było wtedy 8 stopni w skali Beauforta. Bujało nami tak, że zdarzyło się do morza co nieco jedzenia zwrócić.

– Czyli normalnie jedliście podczas rejsu?

– Nigdy jednocześnie. Gdy jeden jadł, to drugi wiosłował. Tylko trzeba było wioseł pilnować. Jedno wpadło nam do wody i musieliśmy po nie wrócić. Na szczęście udało się odnaleźć, choć zajęło nam to ze trzy kwadranse. Miałem jeszcze jeden sznur w zapasie, to przywiązywaliśmy potem wiosła na czas posiłków, czy jak któregoś sen zmorzył.

– A potrzeby fizjologiczne?

– Wzięliśmy ze sobą nocnik, który się przydał w czasie sztormu do wylewania wody z kajaka.

– Ile czasu zajęło wam przepłynięcie Bałtyku?

– Ruszyliśmy 13 sierpnia w piątek. Chyba koło drugiej po południu w niedzielę zobaczyliśmy mewy. Jak mewy, to musi blisko być ląd! Minęła kolejna godzina, gdy coś zamajaczyło nad horyzontem. Początkowo nie wiedzieliśmy, czy to chmury tak nisko, czy co, ale później już było jasne. Ziemia!

Dopłynęliśmy do brzegu. Okazało się, że Witka skurcze takie złapały, że wyjść z kajaka nie był wstanie o własnych siłach. Ja też byłem bardzo zmęczony i nie miałem sił mu pomóc. Jakoś nam się udało wygramolić. Wyszliśmy na ląd, a tu nikogo nie ma. Ani strażników, ani bron. Co to za kraj!? Jakiś człowiek podjechał na motorze. Zapytałem się po niemiecku, a on mówi, że tu nikt nic nie patroluje. Potem pokazał nam, jak dojść do Rønne, i odjechał. Wyszedłem na drogę, żeby zatrzymać jakiś samochód, ale wyglądaliśmy jak dzicy – brudni, umorusani, z twarzami poranionymi od słonej wody. Nikt nie chciał stanąć. Dopiero jakaś rodzina się zatrzymała i zapytała, gdzie chcemy jechać. Jak to gdzie? Na policję. No to zawieźli nas tam. Na komisariacie zrobili nam jakiś zastrzyk, dali ciepłe piżamy, koce, jedzenie. Wreszcie mogliśmy odpocząć.

– Długi był ten odpoczynek?

– Na Bornholmie spędziliśmy 3 dni. Potem przypłynął jakiś prom i nas zabrali do Kopenhagi. Dwóch agentów nas pilnowało. Weszliśmy do kajuty, a oni do nas, żeby iść spać. Nam się spać nie chciało, więc przekonaliśmy ich, żebyśmy mogli po tym statku pochodzić. Poszliśmy, wypiliśmy drinka. Pogadaliśmy. Gdy dopłynęliśmy do Kopenhagi, to trzymali nas na statku jeszcze przez kilka godzin. Chodziło o to, aby nikt nas nie zauważył. To dla naszego bezpieczeństwa, żeby się polski wywiad nie dowiedział. Potem zawieźli nas do aresztu. Trzymali nas w odrębnych celach i przesłuchiwali po kilkanaście godzin dziennie. Nie wierzyli, że mogliśmy tym małym kajakiem przepłynąć, gdy na morzu był sztorm.

– O co się pytali?

– Pytania były szczegółowe – „Jak była ubrana dziewczynka, którą widzieliście jako ostatnią?”, „Jaki kolor miał dach tego budynku, gdzie mieszkaliście w Niechorzu?”. Tego typu. Bardzo szczegółowe. Po dwóch tygodniach dano nam azyl i przez tydzień policja duńska obwoziła nas po całym kraju. Wozili nas, gdzie tylko chcieliśmy. Potem znaleźli nam pracę. Na farmie. Taki paradoks. Uciekłem z domu, bo tam była jedna krowa, a trafiłem na farmę, gdzie krów było 400. Wolałem już konie czyścić, niż te krowy oporządzać. Na rolnika to ja się nigdy nie nadawałem. Na szczęście po roku dostaliśmy wizy i pojechaliśmy do Ameryki. Jechaliśmy tam jako bohaterowie, ale my to byliśmy młodzi wariaci, a nie tam żadni bohaterowie.

– Nie czuł się pan bohaterem? Dlaczego?

– Ja tam jechałem, żeby żyć normalnie, a nie dlatego, że nie lubiłem komunizmu. Już byłem wtedy bardzo ostrożny z patriotyzmem. Kraj to jest tam, gdzie jest chleb. Żeby jednak wszystko było to jasne. Ja dzięki partii skończyłem szkołę. Nas było siedmioro w domu i nie miałem za co się uczyć. W Zawadzkiem skończyłem szkołę średnią a w Częstochowie studia na WSI. Potem dostałem nakaz pracy w Nowej Hucie. Miałem być kierownikiem stalowni, ale stalowni tam jeszcze nie było. Dlatego wysłali mnie do Siemianowic.

– I tam zrodziła się myśl, że trzeba uciekać?

– Nie. To zaczęło się rodzić znacznie wcześniej. Gdy Polska odzyskała niepodległość w 1918 roku Ignacy Paderewski nawoływał Polaków w USA do przyjeżdżania i zasiedlania Polski. W moje strony przyjechał z Chicago taki człowiek o nazwisku Myk. Ja z jego dziećmi chodziłem do szkoły. Oni wszystkiego mieli pod dostatkiem, a ja byłem jednak z biedniejszej rodziny. To cukierka od nich dostałem, to czekoladę. Zawsze mówili, że to dzięki Ameryce. Utkwiło mi wtedy w głowie, że ta Ameryka musi być całkiem bogata, skoro to wszystko dzięki niej. Potem ten Myk razem z nami się przeniósł po wojnie do Karłowic.

Później myśl o Ameryce podsycało Radio Wolna Europa. Opowiadali, jak tam jest dobrze. Po trzech miesiącach można samochód kupić, a ubranie nawet po dwóch dniach. Ja rok czasu musiałem pracować, żeby marynarkę kupić. Po to się uczyłem, żeby biedować? Jak już trafiłem do tej Ameryki, to nowy samochód kupiłem nie po trzech ale po sześciu miesiącach. Tylko potem spłacałem go przez 10 lat. Jak byłem bez pracy przez 9 miesięcy, to auto stało w polu a ja piechotą chodziłem. Takich rzeczy już jednak w Radio Wolna Europa nie mówili.

– Zapewne słyszał Pan to pytanie wielokrotnie, ale muszę je zadać. Nie baliście się, że was złapią?

– Nie ma takiego człowieka, który powie, że się nie bał. Baliśmy się cały czas. W Ameryce przez ponad rok spałem z nabitą strzelbą przy łóżku, a w oknach i drzwiach miałem sznurki z przyczepionymi metalowymi puszkami. Bałem się, że polski wywiad mnie tam znajdzie. Do dzisiaj jestem nerwowy, jak gdzieś drzwi stukną i takie tam. To już jest piętno do końca życia.

– Często spotykacie się z Panem Witoldem?

– Mieszkamy w tym samym kraju, ale zupełnie gdzie indziej. Ja niedaleko Chicago, a on w Tampie na Florydzie. Dlatego nie widujemy się, ale tak dwa razy do roku dzwonimy do siebie. Natomiast niedaleko mnie mieszka Staszek Kraft. Myśmy razem byli w areszcie a potem razem pracowaliśmy na farmie. On mniej więcej w tym samym czasie co my uciekł w Kopenhadze ze statku Batory. Z nim widuję się dosyć często. Obiecałem mu, że po powrocie opowiem, jak było w Polsce.

– To fantastyczne, że dzięki przypadkowi spotkaliśmy się i swoją historią podzielił się Pan z nami.

– To nie przez przypadek, ale przez mojego syna. Wzruszyłem się, gdy niedawno zaproponował, żebyśmy przyjechali do Polski. Ale mieliśmy jechać do rodziny. Dopiero w Karłowicach dowiedziałem się, że z bratanicą zaplanowali wyjazd nad morze. Wiedzieli, że inaczej to bym się nie zgodził.

– Żałuje pan?

– Nie. Przeciwnie. Cieszę się, że tu do was przyjechałem.

– Też się z tego cieszymy i dziękujemy za rozmowę.

kajakiem_przez_baltyk4
Z Zenonem Resiakiem rozmawiali:
Przemysław Łonyszyn i Wojciech Pawluk vel Mikołajczuk