Mamy dla czytelników dużą niespodziankę. Jako pierwsi w Polsce przedstawiamy wspomnienia człowieka, który 13 sierpnia 1954 roku uciekł kajakiem z jeziora Liwia Łuża na Bornholm. Zapraszamy do lektury pierwszej z dwóch części wywiadu z Zenonem Resiakiem.

Jest ciepłe, wrześniowe popołudnie. Kilkuosobowa grupa przechadza się wzdłuż kanału Liwka. Jeden z mężczyzn, najstarszy zagaduje nas przyjacielsko:

– Strasznie zarośnięte to wasze jezioro. Nic nie widać.

– Bo to jest rezerwat ptactwa wodnego. W latach pięćdziesiątych dwóch mężczyzn uciekło tędy kajakiem na Bornholm, więc władze kazały zlikwidować przystań i utworzyły tutaj rezerwat. Od tego czasu nic tu nie można robić.

Nasze wyjaśnienia wyraźnie zasmuciły mężczyznę, więc pytamy:

– Coś się stało?

– Nic, tylko widzicie panowie, to przeze mnie. Nazywam się Zenon Resiak i to ja jestem tym wariatem, który 13 sierpnia 1954 uciekł kajakiem do Danii.

Byliśmy zaskoczeni równie mocno niespodziewaną informacją, jak i prostolinijną szczerością mężczyzny.

– Co pan tutaj robi!? Jest pan przejazdem, czy przyjechał pan na dłużej?

– Tylko kilka dni. Mieszkam teraz w La Porte niedaleko Chicago, ale mój syn podstępem mnie tutaj sprowadził.

– Chętnie posłuchalibyśmy Pana historii…

– Nie ma sprawy. Spotkajmy się wieczorem.

* * *

Czas oczekiwania na ponowne spotkanie dłużył się niemiłosiernie, ale czekać było warto. Pan Zenon przedstawił nam swoją rodzinę, z którą przyjechał na kilka dni do Rewala – syna oraz bratanicę z mężem – i zaczął swoją opowieść:

– To było lato 1954 roku. Pierwszy raz o Bornholmie usłyszałem z Radia Wolna Europa. Nie miałem samolotu, więc musiałem uciec jakąś łodzią. Ja byłem zdecydowany. Młody i szalony, ale zdecydowany. Dlatego postanowiłem przyjechać nad morze.

– Przyjechać? Czyli pan nie mieszkał tu nigdzie w okolicy?

– Nie. Ja przyjechałem tu na wczasy, ale z myślą o ucieczce. Razem ze mną był mój kolega Witold Jarzyna. Miałem bardzo towarzyski charakter. Wszyscy mnie lubili. Po pijanemu, to chyba ze czterdziestu deklarowało, że ze mną ucieknie. Jak przyszło co do czego, to tylko Witek ze mną ruszył. Jestem mu ze to wdzięczny, bo pewnie sam bym nie dał rady. Mogłem z bratem jechać, ale jakby dwóch braci zginęło, to pewnie mama by się zapłakała na śmierć.

Pamiętam, że ledwo przyjechaliśmy, od razu pobiegłem na plażę. Nie ważne, że to już zmierzchało, ale chciałem zobaczyć to morze. Nie zdążyłem się rozebrać, gdy podbiegli do mnie wojskowi z karabinami. Skąd ja mogłem wiedzieć, że oni to na wieczór bronowali plaże i patrole chodziły? Zacząłem się tłumaczyć, że ja ze Śląska, bo ja w Siemianowicach wtedy pracowałem, że pierwszy raz nad morzem i taki szczęśliwy. Żołnierze uśmiali się, ale dokumenty musiałem pokazać. Zajrzeli też do torby brezentowej, którą miałem ze sobą, a tam takie poduszki dmuchane jak w szpitalach. Miałem jako zabezpieczenie pod kątem ucieczki, bo byłem i dalej jestem świetnym pływakiem i w ciepłem wodzie mogę pływać wiele kilometrów, ale tego im nie powiedziałem. Pogadaliśmy, to po paru minutach byliśmy już kolegami z tymi żołnierzami. Pomogli nam nawet znaleźć nocleg w hotelu robotniczym w Kołobrzegu.

– Ale przecież uciekliście z Niechorza?

– Spokojnie. Najpierw był Kołobrzeg. Byliśmy tam dwa dni, ale nie było jak uciec, plaża co wieczór bronowana, patrole, no i żadnych łodzi. Czytałem w książkach, że nad morzem są rybacy, więc poszliśmy wzdłuż morza ich szukać. Przeszliśmy 5 może 7 kilometrów, ale nic nie znaleźliśmy. Jakiś napotkany człowiek powiedział, żebyśmy szukali w Niechorzu. Nie namyślając się pojechaliśmy pociągiem do Trzebiatowa a stamtąd ciuchcią tutaj. Po drodze zobaczyliśmy jezioro i pływające kajaki. Oczy mi się zaświeciły. Obaj z Witkiem wiedzieliśmy, że to jest to! Już nie musieliśmy szukać rybaków.

Na dworcu spotkaliśmy takie dwie sympatyczne dziewczyny, absolwentki wrocławskiej WSE. Jedna z nich, Wiesia, powiedziała, że jest wolny pokój, tam gdzie one mieszkają. I tak znaleźliśmy się w domu na górce za torami. Mieliśmy stamtąd blisko nad jezioro. Następnego dnia mogliśmy zacząć przygotowania. Prawie codziennie wypożyczaliśmy kajak i wypływaliśmy na jezioro. Braliśmy po dwa wiosła, bo nas było dwóch, ale oddawałem kajak sam i jedno wiosło. Drugie wcześniej chowaliśmy w krzaki. Musieliśmy mieć kilka wioseł schowanych, bo nie wiadomo było, co się stanie. Co kilka dni jeździłem do Szczecina na zakupy. Ceratę musiałem kupić, żeby było czym kajak przykryć, żeby wody nie nabierał. Do tego dwa płaszcze nieprzemakalne, czepki pływackie, prześcieradło, z którego zrobiłem żagiel, sznury do przywiązania żagla i obwiązania ubrań, olej, kiełbasę i czekoladę na drogę. Straciłem wszystkie pieniądze. Gdy uciekaliśmy, to już nie miałem czym zapłacić za pobyt. Żeby potem nikt nie mówił, że uciekliśmy i nie zapłaciliśmy, to zostawiłem swój płaszcz powieszony na drzwiach pokoju. Dałem za niego 700 złotych. To było dużo pieniędzy wtedy.

– Wszystko rozumiemy, ale po co ten olej?

– To, żeby się nasmarować, żeby słona woda nie wyżerała skóry.

– Skąd pan wiedział takie rzeczy? Przecież nie było wtedy internetu.

– Ja od dziecka byłem nauczony walczyć o przetrwanie. Pochodzę z Wólki pod Lwowem. W latach 40-tych musieliśmy się w bagnach i szuwarach ukrywać przez Ukraińcami. Trzeba było umieć sobie poradzić, inaczej by człowiek tam zginął. Po wojnie przenieśliśmy się na zachód. Do Karłowic pod Opolem. Moja rodzina dalej tam mieszka.

– Kiedy zdecydowaliście się na ucieczkę? Czekaliście, aż morze będzie spokojne, albo że księżyc będzie w pełni?

– Uciekliśmy, kiedy skończyły się pieniądze. To był ostatni dzień pobytu i musiałbym wrócić, ale przed wyjazdem rozdałem swoje rzeczy rodzinie i znajomym. Tak bardzo wierzyłem w to, że wyjadę.

– O której wyruszyliście?

– Było chyba chyba wpół do dziewiątej wieczorem, gdy wyszliśmy z tego mieszkania. Jak nas wtedy komary pogryzły!! Do dziś pamiętam. Poszliśmy do tych kajaków. Wzięliśmy poduszki i ten żagiel, który przymocowałem do kajaka. Potem naciągnęliśmy ceratę i mogliśmy ruszać.

– Nikt tych kajaków nie pilnował? Tak po prostu podeszliście i wzięliście jeden?

– Nikt nie pilnował, bo były połączone łańcuchem. Każdy kajak miał takie oczko wkręcane w dziób i to przez nie przeciągnięty był ten łańcuch. Już wcześniej znalazłem na to sposób. Staraliśmy się zawsze wypożyczać ten sam kajak. Wtedy wszędzie można było znaleźć jakieś metalowe pręty, za pomocą których staraliśmy się poluzować gwint. Gdy przyszła pora ucieczki, to wystarczyło tylko mocniej pociągnąć i już kajak był uwolniony.

– Sprytnie! Kajak mieliście. A wiosła? Jak wam się udało je znaleźć po zmroku?

– To nie był problem. Jak mówiłem, jako nastolatek miesiącami ukrywałem się w bagnach. Umiałem się w takim środowisku poruszać. Wzięliśmy dwa ze schowanych wioseł i ruszyliśmy. Dopłynęliśmy do mostu, a tam patrol z psami. Schowaliśmy się pod ten most. Na szczęście było ciemno i nas nie zauważyli. Psy też nic nie wyczuły. Gdy przeszli, my ruszyliśmy dalej, ale już nie wiosłami, tylko rękoma wiosłowaliśmy, żeby mniej hałasu robić. Nagle czuję, że coś trzyma kajak. Sięgam pod wodę, a tam drut kolczasty. Jak chodziłem z Wiesią na spacery, to naliczyłem trzy zasieki w poprzek kanału, ale tych pod wodą nie było widać. A było ich chyba ze cztery. Musieliśmy za każdym razem wyciągać kajak na brzeg i obchodzić. Śluzę tak samo. Z tego powodu dopiero o drugiej w nocy znaleźliśmy się na morzu. Brzegi były wtedy jakieś wyższe, bo pamiętam, że musieliśmy kajak spuszczać do wody na sznurkach. Niedaleko budki wartowników przy ujściu kanału wywrócił się i wpadł do wody. Ja miałem w dziobie ubrania, więc zanurzyłem się szybko, żeby je ratować. W pośpiechu chlupot jest większy. Na szczęście jakiś wodny ptak poderwał się do lotu i zaczął dziwne dźwięki wydawać. Dzięki temu żołnierze nawet nie zareagowali na hałas dochodzący od strony wody. Mogliśmy płynąć dalej.

– Na morze?

– Jeszcze nie. Na środku ujścia niemal przy samej budce strażników była taka piaszczysta łacha. Myśmy się z Witkiem nie dogadali. Jeden wiosłował w prawą stronę, drugi w lewą i oczywiście władowaliśmy się na tę mieliznę. Szybko wyskoczyłem z kajaka, nim Witek się zorientował, i wypchnąłem nas z tego piasku. Bałem się, bo lada chwila któryś z żołnierzy mógł wyjść z budki i byłoby po nas. Na szczęście zdążyliśmy wrócić na wodę, nim ktokolwiek się zorientował.

Płynęliśmy niespełna 10 minut i zwątpiłem, bo przy brzegu były największe fale. Kiedy jednak przepłynęliśmy ten odcinek, to już było spokojnie. W głowie przestało się kręcić. Minęło 15-20 minut. Usłyszeliśmy pędzącą motorówkę. Przyjrzałem się i stwierdziłem, że nie zdążymy przepłynąć przed nią. Zatrzymaliśmy się. W nocy ciemno, przelecieli przed nami. Po kilku minutach wracali, ale tym razem zdążyliśmy odpłynąć na tyle daleko, że też nas nie zauważyli.

– Najgorsze było za wami.

– Raczej jeszcze przed nami.

kajakiem_przez_baltyk2
Co najgorszego spotkało uciekinierów? Jakie były ich losy już na terenie Królestwa Danii? Jakie były prawdziwe motywy wyjazdu? O tym wszystkim będzie można przeczytać w drugiej części rozmowy, którą przeprowadzili Przemysław Łonyszyn i Wojciech Pawluk vel Mikołajczuk.

6 Komentarze

Comments are closed.