Na początku uspokajamy, nikt rewalskiego amfiteatru nie przeprowadził do Palermo. Włosi może i są sympatyczni, ale nie aż tak. Na Sycylii pojawiła się załoga reprezentująca Amfiteatr w Rewalu podczas jedynego w swoim rodzaju rajdu Złombol. Jak nazwa wskazuje, jest to impreza skierowana dla samochodów, które większość traktuje bardziej jako zło, niż coś co faktycznie jeździ – typowe auta produkowane jeszcze w „demoludach”, czyli krajach, gdzie demokracja pojawiała się tylko w nazwie. Zapraszamy na fascynującą relację w tej niepowtarzalnej wyprawy! Pamiętajcie, Rewal tam był, a Wy!?

Wszystko zaczęło się od wieloletniej fascynacji Złombolem jednego z członków ekipy związanej z Amfiteatrem w Rewalu. Muszę wspomnieć, że celem rajdu jest nie tylko udział, ale też zbieranie pieniędzy na charytatywne cele. W końcu musiało się to stać i wreszcie w roku 2015 zapadła decyzja – „Na następnym Złombolu nas nie zabraknie!” Tak powstała załoga ŁADAmoment w składzie: Krzesimir Korgul – kierowca i Katarzyna Flor – pilot.

Przygotowania do rajdu zaczęliśmy jeszcze w grudniu, bo potrzebowaliśmy samochodu. Zakupu kultowej dla wieku Łady 2107 bohatersko dokonał Artur Korgul, nie bez trudności pokonując trasę z Bochni do Lublina. Kiedy tylko Łada dostała się w moje ręce, zaczęło się mozolne doprowadzanie jej do stanu mechanicznej perfekcji. Kiedy w styczniu organizatorzy Złombolu ogłosili, że X poprowadzi do Sycylii (dla chętnych była również opcja tunezyjska lecz my postanowiliśmy skupić się na etapie włoskim), to pracy doszło mi więcej. Łady nie były produkowane z myślą o upalnych krajach. Ostatecznie po miesiącach ciężkiej pracy spędzonych w warsztacie i przy nieocenionej pomocy przyjaciół auto było gotowe do drogi.

Statystyczny Polak zanim wyjedzie na urlop musi zaliczyć jedną niemiłą czynność. Chodzi o pakowanie. Nam poszło to ekspresowo, bo pakowaliśmy się… w czasie ulewy. Niestety spora część ekwipunku wyschła dopiero w Wenecji. Tak to jest, jak się zostawia pakowanie na ostatnią chwilę.

24 września ubiegłego roku już po godzinie 20 stawiliśmy się na nocnej odprawie w Katowicach, aby otrzymać obowiązkowe naklejki i ostatnie instrukcje przed startem. Obok ogromnej ekscytacji pojawiła się też niepewność, czy damy radę, czy sprzęt nie zawiedzie. Ale było już za późno na jakiekolwiek zmiany decyzji. Następnego dnia rano wjechaliśmy na plac przed katowickim Spodkiem, który powoli wypełniał się kolejnymi autami. Już wtedy u niektórych pojawiły się pierwsze awarie. Na szczęście większość udawało się błyskawicznie usunąć, często korzystając z pomocy innych uczestników. Tutaj nie ma niezdrowej rywalizacji – wszyscy starają się pomóc. My też – ja rzuciłem się od razu z pasją na ratunek niebieskiej Ładzie, na bok odkładając ogarnianie własnego samochodu, a Kasia zapuściła się w tłum z aparatem.

W oczekiwaniu na start kierowca sąsiedniego samochodu z nieudawanym zacięciem co i rusz to obstukiwał lakier z drzwi naszej Łady, to znów pytał się, gdzie leży ten Rewal. W ten sposób zapoznaliśmy się z dwiema załogami Złombol Team Płońsk, z którymi postanowiliśmy razem podróżować – jak miało się wkrótce okazać, do samego końca rajdu.
Rajd wystartował w samo południe! W niesamowitej atmosferze, przy akompaniamencie klaksonów, syren, muzyki i ryku silników ponad 500 załóg w samochodach z dawnego bloku wschodniego ruszyło na podbój Europy! Gdy wyjechaliśmy z Katowic na autostradę A4 prowadzącą w kierunku Czech zaczęliśmy ustalać właściwe dla naszych pojazdów tempo. Szybko okazało się że wiekowe samochody wcale nie odbiegają od współczesnych pod względem prędkości podróżnych. Na wiaduktach nad drogą stało mnóstwo osób z transparentami życząc nam szerokiej drogi, pewnie nie bardzo wierząc w to, że ktokolwiek dotrze do celu. Tak zaczęła się nasza niesamowita przygoda!

Postanowiliśmy, że pierwszy nocleg nastąpi dopiero w Wenecji – chcieliśmy dotrzeć jak najdalej, aby na drugi dzień móc zwiedzić więcej. Bez najmniejszych kłopotów (najmniej miała ich Kasia-pilot, zawinięta w bluzę-pandę i wesoło pochrapująca na fotelu pasażera) dotarliśmy tam około 3.30 rano. Włosi byli dla nas bardzo wyrozumiali i pozwolili nam wjechać na kemping i rozbić namioty mimo późnej pory. Pierwsza część podróży była za nami. Po szybkiej regeneracji sił w postaci krótkiego snu, śniadania i prysznica ruszyliśmy zwiedzać Wenecję. Auta zostawiliśmy na ogromnym piętrowym parkingu przy wjeździe do miasta – wolne miejsca znaleźliśmy dopiero na jego dachu, z którego rozpościerała się przepiękna panorama. Ograniczona ilość czasu nie pozwoliła nam na dokładne zapoznanie się z krętymi uliczkami przecinanymi co chwila kanałami wodnymi, lecz staraliśmy się zobaczyć jak najwięcej. Jedno jest pewne – jeszcze tam wrócimy! Po kilku godzinach zwiedzania i zagłębiania się w miasto nadszedł czas na powrót do samochodów. Jeśli liczycie na to, że uliczki w Wenecji są dobrze oznaczone, albo, że mapa Google’a w telefonie szybko Was wyprowadzi z labiryntu, to jesteście w błędzie. Takim samym w jakim byliśmy my… „Pamiętajcie drogę!”, mówili nam. „Tylko tak wrócicie do wyjścia:)”. Łatwo było mówić, trudniej zrobić. Ale udało się i mogliśmy wyruszyć w dalszą drogę – kierunek Rimini! Tam postanowiliśmy zanocować, aby rano ruszyć do San Marino. Złombolowe kempingi to temat na oddzielny artykuł – fantastyczni ludzie i atmosfera, rozmowy do białego rana – to trzeba przeżyć!

Wczesnym rankiem wyjechaliśmy na podbój San Marino. Kiedy wpięliśmy się na górę, do stacji kolejki linowej, która miała zawieźć nas na starówkę czekała na nas miła (tak, naprawdę miła!) niespodzianka – we środy przejazdy są darmowe a bezcenne euro zostają w kieszeni Widoki, które zastaliśmy na górze, zapierały dech w niejednej piersi! San Marino jest przepiękne – wąskie, strome uliczki wijące się pośród kamieniczek mają niesamowity klimat. Polecamy wszystkim pewien sklep, którego właścicielka uwielbia Polaków do tego stopnia, że nauczyła się naszego języka (o adres możecie zapytać nas latem w Amfiteatrze). Poza tym sam klimat San Marino jest wspaniały. Niby na każdym kroku turyści, ale emanuje tam aura spokoju – bardzo łatwo jest się odprężyć i zapomnieć, że czas nas goni. Chętnie spędzilibyśmy cały dzień zwiedzając to magiczne miejsce, lecz czas biegł nieubłaganie i musieliśmy ruszać dalej. Kierunek Sorrento.

Z każdym pokonywanym kilometrem nasze maszyny i my czuliśmy się coraz pewniej na włoskich drogach. Na ulicach panowała południowa nonszalancja. Kierowcy stawali się szaleni i nieprzewidywalni, a przepisy ruchu drogowego przestawały obowiązywać – masz miejsce to jedziesz! Na początku było to przerażające, ale z każdą chwilą czuliśmy się pewniej w tym pozornym chaosie. Tutaj po prostu wszyscy starają się mieć oczy dookoła głowy, dzięki czemu na drogach jeździ się bardzo płynnie i bezpiecznie. Może by tak w Polsce? To naprawdę działa!

Zbliżała się północ, a my wjechaliśmy na kręte i wąskie uliczki malowniczego miasteczka położonego nad Zatoką Neapolitańską. Tak za dnia jak i w nocy warto odwiedzić Sorrento! W okolicach pierwszej w nocy dojechaliśmy na kemping – chyba najbardziej niesamowity, na jakim byliśmy. Składał się on z dziesiątek wąskich tarasów skierowanych w stronę morza. Wraz z naszymi towarzyszami z Płońska zajęliśmy jeden z nich i spędziliśmy fantastyczny wieczór. Rano, po szybkim śniadaniu, wyruszyliśmy w kierunku Pompei – wąska, kręta droga wijąca się na urwisku była tak spektakularna, że co chwila zatrzymywaliśmy się na kolejnych zatoczkach, aby robić zdjęcia i chłonąć widoki! Ciężko było się napatrzeć!

Zbliżaliśmy się do ruin zniszczonego przez wulkan miasta, a temperatura rosła z minuty na minutę. Upał stawał się nieznośny. Czas na zwiedzanie musieliśmy ograniczyć do 2 godzin – mnóstwo kilometrów wciąż było przed nami. Wszyscy po drodze chcieli nam sprzedać mapy, twierdząc, że bez nich nie ma sensu chodzić po Pompejach. Oczywiście mieli rację, ale pamiętajcie, że mapę dostaniecie w kasie w cenie biletu. 🙂 Ruiny zrobiły na nas wielkie wrażenie. Trudno uwierzyć w to, jaką niszczycielską siłą jest lawa i popiół.

Po zwiedzaniu wskoczyliśmy do samochodów przypominających w tym momencie piekarniki i pognaliśmy na autostradę prowadzącą w kierunku Cieśniny Messyńskiej. Czekała nas ostatnia noc na kontynencie. Droga na kemping La Scogliera usłana była serpentynami, przez co nocna jazda na złamanie karku mocno odcisnęła piętno i na nas i samochodach. Gdy dotarliśmy na miejsce, nad polem namiotowym unosił się zapach przypalonych klocków i okładzin hamulcowych. Ostatnia noc przed Sycylią – wśród załóg czuć było podekscytowanie! Wszyscy chcieliśmy dotrzeć na metę lecz jednocześnie nie chcieliśmy kończyć naszej włoskiej przygody. Każdy z nas wiedział, że już niedługo będziemy wracać, ale nikt nie chciał o tym myśleć. Humory dopisywały i nikt nie spostrzegł, kiedy zaczęło świtać – chyba się zasiedzieliśmy. Po krótkim lecz intensywnym śnie (spaliśmy coraz krócej i mocniej, wykorzystując niemalże każdą sekundę na twardy sen) poszliśmy na plażę. Nie było daleko, bo z namiotu mieliśmy jakieś 100 m do brzegu. Woda miała niesamowity kolor, a na dnie same kamienie – fantastyczny masaż dla stóp! Śniadanie urozmaicone owocami morza, upolowanymi przez Sławka z płońskiej załogi, pozostawiło trwałe ślady na naszym namiocie – deośmiornica miała inne zdanie niż kucharz 🙂 W recepcji dokumenty wypisywała nam cała włoska rodzina, której głowa od razu skojarzyła się nam z Marlonem Brando grającym Ojca Chrzestnego. Mówił dokładnie tak samo! Wrażenie niezapomniane, a otrzymane pokwitowanie bezcenne! 🙂

W tym miejscu warto wspomnieć, że koniec września, to koniec sezonu namiotowego nawet w niektórych częściach Włoch (na wystawach sklepowych królowały jesienne płaszcze, szaliki i ciepłe buty, a my biegaliśmy w krótkich spodenkach!). Dlatego razem z nami składało się także wyposażenie kempingu. Mieliśmy niesamowite szczęście, bo gdybyśmy dotarli dzień później, wszystko byłoby już zamknięte.

Przed nami już ostatnia prosta (no może nie taka prosta, jeśli weźmiemy pod uwagę spiralne i kręte włoskie trasy), przerwy i postoje tylko wtedy, kiedy to niezbędne – toaleta i paliwo, aż do pory obiadowej. Ponieważ obiadek to świętość, więc już tradycyjnie zajechaliśmy na parking-zatoczkę, w ruch poszły słoiki z fasolką po bretońsku płońskiej załogi, turystyczne kuchenki, kocyk w zebrę i jakoś tak wsiąkliśmy na godzinkę. Cenną lekcją, jeśli chodzi o posiłki, były wspomniane słoiki. Polecamy to każdemu, kto nie ma czasu przygotowywanie posiłków po drodze, by zaoszczędzić czas na zwiedzanie. Zamiast jeść jakieś tam zupki z torebki, hot-dogi na stacji itp. lepiej nagotować wcześniej bigosu, pulpetów w sosie pomidorowym, kurczaczka z młodą kapustą, leczo itp. Wystarczy wtedy rozłożyć kuchenkę i podgrzać gotowy posiłek :). Tak nas właśnie karmili koledzy.

Wracając na drogę, która nieubłaganie prowadziła nas do celu – na miejsce dotarliśmy późną nocą. Dzielni, zmęczeni, szczęśliwi! Samochody dały radę wspiąć się na kolejną górę, do upragnionego kempingu El-Bahira. Tryumf, radość, szampan, zdjęcia, gratulacje! Czuliśmy się jakby nikt przed nami wcześniej nie ukończył tego rajdu. To nic, że byliśmy n-tą z kolei załogą na mecie, ale i tak byliśmy mistrzami! Teraz już tylko musieliśmy się gdzieś rozbić z namiotami – co wcale nie było łatwe, więc tradycyjnie już rozbiliśmy się blisko toalet :). Skoro już o toaletach mowa, to zawsze pamiętajcie, że rolka papieru toaletowego jest pierwszą rzeczą, jaką powinniście zapakować do plecaka planując noclegi na włoskich kempingach. Każdy ma swoją – koniec! Prysznice są darmowe praktycznie zawsze, przynajmniej te zimne. Zdarzało się, że prysznic był dodatkowo płatny, ale tylko wtedy jak zachciało nam się ciepłej wody w tym gorącym kraju. Ale przyznamy szczerze automat do ciepłej wody nas pokonał 😛 Koniec łazienkowych dygresji.

Zdrowy rozsądek podpowiadał, żeby odpocząć, położyć się, zdrzemnąć, albo podobne „głupoty”, ale na szczęście załoga z Płońska czuwała na wypadek tego typu słabości i w porę puścili muzykę z głośników z bagażnika ich poloneza niemal tak dzielnego jak nasza Łada. W ten sposób rozpoczęliśmy 2 dniowe świętowanie ukończenia rajdu. Poznaliśmy Mariano – kierownika kempingu, który (jak się okazało) bardzo rozsmakował się w naszej kuchni i gościnności, karmiony ogórkami i kabanosami zapomniał o tym, że skończył swoją zmianę o północy, a opuścił nas o 6 rano ze słoikiem ogórków. A nam przyszło już tylko porządnie się wyspać i nabrać sił na drogę powrotną.

Luźne wnioski:

Wszyscy Włosi, jakich spotkaliśmy, byli bardzo przyjaźni, raczej nie mówili po angielsku, ale zawsze byliśmy w stanie się dogadać ze względu na ich serdeczność. Pogoda dopisała niesamowicie. Widoki są nieziemskie i trzeba się uzbroić w wiele kart pamięci, ponieważ gdzie się człowiek nie obejrzy, tam chce zrobić zdjęcie. Jedzenie we Włoszech jest bardzo dobre, ale o tym chyba nie trzeba nikogo przekonywać. Poznaliśmy wspaniałych ludzi, część mamy nadzieję jeszcze spotkać, a z częścią już jesteśmy umówieni. Przygoda, jaką przeżyliśmy, zostanie w naszych serduszkach, a my już szykujemy się na kolejną – edycja XI to Kraj Basków. Łada już zaciera oponki z radości! Jeśli chcecie ją poznać, to zapraszamy do odwiedzenia amfiteatru w Rewalu w sezonie 2017.

Podziękowania.

Na koniec chcielibyśmy podziękować wszystkim darczyńcom – ponad milion złotych zostanie rozdzielone pomiędzy najbardziej potrzebujące domy dziecka właśnie dzięki Wam! Oczywiście wielkie słowa uznania należą się Organizatorom Złombolu – chylimy czoła! Chcemy podziękować wszystkim uczestnikom, a w szczególności załogom Złombol Team Płońsk i Żukołaki – jesteście wielcy!
A teraz wyrazy wdzięczności dla tych, dzięki którym udało się nam wziąć udział w tym fantastycznym wydarzeniu: Dziękujemy Arturowi Korgulowi, Robertowi Korgulowi, Adamowi Krzewińskiemu, Waldemarowi Koszałko, Łukaszowi Koszałko, Emilowi Łabędziowi i wszystkim którzy nas wspierali! Niech Moc będzie z Wami 🙂

Tekst: Krzesimir Korgul i Katarzyna Flor
Zdjęcia: Katarzyna Flor

2 Komentarze

  1. nie powiem bardzo ciekawa wycieczka ale 6 tyś km w aucie to jakiś tydzień ciągłej jazdy ale rekompensują to piękne widoki za oknem podczas jazdy i naprawdę przeurocze miasteczka na mnie największe wrażenie zrobiła Siena a najdalej byłem w Rzymie .Gdyby nie ta odległość to nawet dziś wsiadłbym do auta i się tam wybrał ponownie

Dodaj komentarz