Z okazji Międzynarodowego Dnia Latarni Morskich przypominamy opowieść o naszej, niechorskiej. A właściwie o tym, co stało się przed jej wybudowaniem. Może było tak, może inaczej, ale na pewno jest w tym ziarenko prawdy, jak to w legendzie.

To wydarzyło się dawno, dawno temu temu. Tego lata pogoda była niepewna i zmienna nawet w ciągu jednego dnia. Rano świeciło piękne słońce, a po południu niebo zasnuwały ołowiane chmury. Albo odwrotnie – ranek wstawał mokry i chłodny, a potem wiatr odsłaniał błękit nadmorskiego nieba.

Z wysokiego brzegu Niechorza zazwyczaj nie widywano statków przemierzających Bałtyk. Czasem tylko w pogoni za łupem zapędziła się tu piracka koga, ale też nie za blisko. Marynarze wiedzieli, że południowy brzeg Bałtyku jest zdradliwy, bo usiany mieliznami.
W sierpniowe popołudnie trzymasztowy statek zmierzał do Gdańska. Ładownie miał wypełnione cennym dobrem. Zachodni wiatr żwawo niósł żaglowiec ku celowi. Nagle pogoda popsuła się, pociemniało gwałtownie, z północnego zachodu zaczęło solidnie dmuchać.
Kapitan kazał zwijać żagiel po żaglu. Zostawiono tylko najmniejszy, by utrzymać jako taką sterowność. Wicher ciężko uderzał w kadłub statku i szarpał liny. Gwałtowne przechyły ciskały statkiem, a ładunek przesuwał się pod pokładem – od burty do burty.
Szyper przypuszczał, że statek znajduje się na wysokości ujścia Regi. Wierzył w Opatrzność i bezpieczne schronienie w małym porcie. Sternik za wszelką cenę starał się utrzymać kurs południowy.
Nagle ktoś wykrzyknął radośnie.
– Światło z prawej burty!
Rzeczywiście, na brzegu płonęło wielkie ognisko. Jak się potem okazało – ku zgubie załogi żaglowca.

Jeszcze przed zmrokiem na klifowym brzegu zebrali się mieszkańcy Niechorza i z uwagą patrzyli na morze. Widzieli statek walczący z burzą. Stali i czekali na katastrofę. Byli rybakami, znali przybrzeżne wody Bałtyku i paskudny wiatr ku południu.
W pewnej chwili ktoś z nich zawołał:
– Zapalmy ogień! Oni będą myśleli, że tu przystań i skierują statek na mieliznę. Dostaniemy się na pokład i wszystko, co jest w ładowniach, będzie nasze.
Błyskawicznie zgromadzono chrust i sosnowe kłody. Wnet skrzesano ogień i po chwili płomień buchnął na wszystkie strony, bo targany wiatrem ogarnął każdy, nawet najmniejszy patyczek.

Kierując się na ogień żaglowiec powoli zbliżał się do brzegu. Szybko nastąpiło to, co musiało się stać. Statek wpadł na mieliznę. Przechylił się na bok, a rozdarte poszycie łapczywie łykało wodę.
Marynarze wyskoczyli do wody. Chwytali kawałki połamanych masztów, beczki, ławy i stoły z kubryku. Wszystko co pływało mogło podtrzymać ludzkie życie. Rozszalały Bałtyk nie pozwolił jednak, by ktokolwiek dopłynął do brzegu. Wszyscy potonęli.
Rano, gdy wzeszło słońce, mieszkańcy Niechorza wzięli się na zbieranie wszelkiego dobra wyrzuconego na piasek. Rybacy popłynęli łodziami w kierunku rozbitego statku. Przez cały dzień bogate łupy zwożono do domów.

Jesienią, gdy rozpoczął się czas długotrwałych sztormów, mieszkańcy rybackiej wioski ujrzeli po raz pierwszy niezwykłe zjawisko. Z głębin morskich wyłonił się rozbity trójmasztowiec, wznosił się wyżej i wyżej, aż zawisł w powietrzu przed oczyma ludzi przerażonych tym upiornym widokiem.
I tak było zawsze, wiosną i jesienią, w czas największych sztormów. I za każdym razem zwiastowało to jakieś nieszczęście.
Za radą biskupa kamieńskiego mieszkańcy Niechorza postanowili odkupić swój ciężki grzech. W miejscu, gdzie dziś stoi latarnia morska, co noc rozpalano potężny ogień, przy którym czuwali kolejno wszyscy dorośli mieszkańcy rybackiej wioski. Posłańcy ponieśli wieść o tym do wszystkich okolicznych portów. Od tego czasu załogi przepływających statków wiedziały, że to światło z wysokiego brzegu nie pali się na ich zgubę, jeno dla ratunku, ostrzegając przed przybrzeżnymi mieliznami.

1 komentarz

  1. Chylę czoła za tak barwne przedstawienie nadmorskiej legendy, gdzie w istocie mity mogą mieszać się z weryfikowalnymi faktami.
    Mi, jako turyście, warto też przypomnieć, iż na ul. Ludnej 16 w Niechorzu znajduje się Park Miniatur Latarni Chylę czoła za tak barwne przedstawienie nadmorskiej legendy, gdzie w istocie mity mogą mieszać się z weryfikowalnymi faktami.
    Mi, jako turyście, warto też przypomnieć, iż na ul. Ludnej 16 w Niechorzu znajduje się Park Miniatur Latarni Morskich, gdzie usytuowana jest też wykonana w skali 1:10 makieta miejscowego obiektu. Gdy na stronach internetowych wyczytałem, że „Jubilaci w dniu swoich urodzin, po okazaniu dokumentu tożsamości będą mogli zwiedzić Park Miniatur za darmo!” postanowiłem z tego skorzystać. Kompleks zwiedziłem 12 lutego br. wraz z przyjacielem, 74-letnim Januszem, który później 2 maja w Marszu Flagi niósł ze mną w Niechorzu biało-czerwony baner pisany solidarycą ze znakiem Polski Walczącej „Pamiętamy! GORZÓW WLKP.”, z którym wystąpiłem w słynnym filmie dokumentalnym Ewy Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego „Solidarni 2010”, gdy ekipa Telewizji Polskiej uchwyciła mnie na ulicach Krakowa po pogrzebie pary prezydenckiej. I nie chodziło mi wcale o to, że zaoszczędzę 25 zł na bilecie, bo na paliwo by dojechać z podgorzowskich Różanek wydałem zdecydowanie więcej pieniędzy, ale jako propaństwowiec, przemierzając w środku zimy ponad 200 km, chciałem pokazać, iż takie inicjatywy lokalnych przedsiębiorców mają swój sens, skoro smagany śniegiem i mrozem jubilat zechciał tam dojechać. Panu Januszowi, jako seniorowi, postawiłem ulgowy bilet za 23 zł. (mam nadzieję, że nie wykazał tego w rejestrze korzyści majątkowych!)
    Byłem pod wrażeniem, bo oprowadzająca nas prześliczna blondwłosa panna Wioleta, mówiąc z głowy wszelkie liczby (daty, rozmiary, zasięgi słupa światła itp.), przy żadnej miniaturze nie chybiła (sic!), gdyż sprawdzałem to, co mówi, z napisami przy obiekcie.
    Jako regularnemu uczestnikowi gorzowskich Marszy Żołnierzy Wyklętych, redaktorowi naczelnemu wydawanego w wersji papierowej w drugiej połowie lat 90. ub. w., jeszcze przed epoką wszechobecnego dziś Internetu, „Młodzieżowego Pisma poza Cenzurą OSZOŁOM”, które jako pierwsze w Polsce opisało tragiczny przypadek członka organizacji Młode Pokolenie Walczy, Władysława Andryki, kuzyna Anny Walentynowicz, z zimną krwią zastrzelonego przez namierzających go ubeków podczas seansu filmowego w nieistniejącym już kinie Capitol w Gorzowie Wlkp., ujęła mnie też tablica poświęcona admirałowi Stanisławowi Mieszkowskiemu, zamordowanemu po wojnie przez komunistów. Przyjaźniłem się z panią Marią Fieldor-Czarską z Gdańska, córką legendarnego generała Augusta Emila Fieldorfa „Nila”, najwyższego rangą dowódcy Armii Krajowej zamordowanemu w czasach stalinowskich, który dowodził akcją likwidacyjną kata Warszawy, Franza Kutschery, której sława rozeszła się w całej okupowanej Europie. Pani Maria, nie identyfikując się z III RP mawiała „moją Ojczyzną jest Polska Podziemna”. Rad jestem, iż w Parku Miniatur Latarni Morskich przy okazji wykonywanych misternie eksponatów, pielęgnowana jest też pamięć o zapomnianych bohaterach.
    Byłem przewlekłym alergikiem. Przechodziłem intensywne odczulanie, w szpitalach lądowałem ze wstrząsami anafilaktycznymi, ocierałem się o śmierć. Jadąc przed laty nad polskie morze przypadkiem odkryłem, że Bałtyk totalnie mnie odczula i funkcjonuję tu normalnie. Mój przyjaciel Piotr Malawski, legenda wrocławskiej opozycji antykomunistycznej lat 80. ub. w. (jako nastolatek dotkliwie pobity przez ZOMO u schyłku PRL-u ma ogromny ubytek wzroku) szczerze stwierdził: Na resztę Polski jesteś zwyczajnie uczulony!
    Jako ten, który ziemię niechorską pokochał, autorowi artykułu, dokopującemu się do narodowego jestestwa, w roku 100-lecia odzyskania Niepodległości, z głębi Polski dziękuję!

Comments are closed.