Nadszedł już ten moment, aby emerytka podzieliła się z internautami wspomnieniami ze swojej czterdziestoletniej działalności w gminie Rewal i nie tylko.

Mówi się, że do wszystkiego trzeba dojrzeć. To prawda. Kiedy osiąga się ten wiek i przechodzi na zasłużoną emeryturę, jest czas na przemyślenia i snucie wspomnień. Już Skaldowie w swojej piosence śpiewali „szanujmy wspomnienia, nauczmy się je cenić…” Moje wspomnienia dotyczyć będą czasu, kiedy przyjechałam z Wielkopolski do Trzęsacza, aby rozpocząć pierwszą pracę, do chwili zakończenia pracy i pożegnania z Urzędem Gminy Rewal. Podzielę je na kilka etapów, dziś pora na pierwszy z nich – „staż pracy”.

31.08.1970

Słoneczny poranek. Koniec długiej podróży i początek nowego, dorosłego życia. Wysiadamy z Jolą S. z kolejki wąskotorowej na stacji (tak to się nazywa) Trzęsacz. Jest szyld, dwa torowiska oraz mała budka z tablicą informacyjną i rozkładem jazdy. Rozglądamy się, a wkoło odludzie, tylko pola i drzewa. I cisza.
„Rany Boskie! Gdzie myśmy wysiadły?! Tu nic nie ma! Gdzie są jakieś domy!?” – pierwsza odezwała się Jola.
Dostrzegamy wąską, brukowaną dróżkę. Idziemy nią. Po chwili rozległo się moje „Hura, hura! Są jakieś domy!” Dokładnie to jeden dom, za to nawet ładny i duży. Po prawej stronie za to było stare cmentarzysko i zrujnowany kościół. Trzeba iść dalej. Docieramy do szerokiej, polnej drogi, wzdłuż której stoją domy mieszkalne, klubo-kawiarnia i domki campingowe.
Siedzibą Ośrodka Hodowli Zarodowej Gospodarstwa Trzęsacz, gdzie nas skierowano na roczny staż, okazał się być ładny, ogrodzony budynek, zwany pałacem. Na dużym podwórku dostrzegłyśmy Jadzię P. – naszą koleżankę ze starszej klasy – która podjęła tu pracę jako zootechnik. Od razu zrobiło się nam lżej na sercu. Nareszcie ktoś znajomy. Jadzia prowadzi nas do biura i przedstawia kierownikowi gospodarstwa, panu Stanisławowi M. i księgowej pani Zosi Z.
Dostajemy ładny pokój w części wczasowej pałacu. Po krótkim odpoczynku ruszamy nad morze. Przecież właśnie możliwość pracy w takim miejscu była głównym naszym motywem wyboru miejsca odbywania stażu! Schodzimy po stromych schodach położnych na wysokiej skarpie. Naszą uwagę przykuwają kolejne ruiny kościółka (dopiero później dowiedziałyśmy się, że ten jest średniowieczny). Kiepsko, jak na początek.
Wracając napotykamy mieszkanki Trzęsacza, pracownice ośrodka, które krytycznym okiem patrzą na nasze mini spódniczki, zwłaszcza moją. Ale to nic. Robimy zakupy i idziemy spać. Musimy być przecież wypoczęte, bo jutro rano zaczynamy naszą pierwszą w życiu pracę!

1.09.1970

Godzina 7.00 rano. W biurze zjawiamy się punktualnie. Wspólnie omawiamy zakres naszego stażu i podział zadań. Zapoznajemy się z budynkami gospodarczymi, gdzie znajdują się zwierzęta hodowlane, a potem objeżdżamy bryczką tutejsze pola. Poznajemy też kolejne osoby – brygadzistę polowego pana Mikołaja W., magazynierkę panią Halinę S. i jej córkę Bożenkę.

Zbliża się jesień, więc pracy w polu jest dużo. Zajmuję się bardziej sprawami polowymi, zaś Jola hodowlą, razem z Jadzią. Z tamtego czasu najbardziej utkwił mi w pamięci pan Bazyli H., zwany Wasylem.
Próbuję jeździć małym traktorem, bo przecież mam stosowne prawo jazdy. Idzie mi chyba słabo, bo śmiechu jest z tego co niemiara. Jeżdżę też na siewniku i przyczepie. Czasami, jak trzeba, to pomagam Jadzi, zwłaszcza przy buhajach, które wysyłane są na eksport do Włoch. Najemy się przy tym strachu, bo to groźne zwierzęta, a my do najbardziej rosłych nie należymy. Poznaję tu lekarza weterynarii, pana Zbigniewa P., który później zostanie moim sąsiadem w Rewalu.
Jadzia stwierdza, że do hodowli to ja nie mam serca. Obowiązki wykonuję owszem dobrze, ale bez zaangażowania. Pomagam też w biurze i to mi znacznie bardziej odpowiada. Poznaję wielu nowych ludzi, dostaję nowe zadania. Uczestniczę w spotkaniach w dyrekcji ośrodka hodowli w Karnicach z siedzibą w Skrobotowie.
Żyjemy nie tylko pracą. Jesteśmy młode. Okazuje się, że w okolicach są nasze koleżanki i koledzy ze szkoły. W Skrobotowie właśnie jest Ela C., w Dreżewie – Andrzej B., w Mojszewie – Stasia D., w Cerkwicy – Maryla B. Z naszej klasy zaś do Cerkwicy trafiły: Bogusia S., Ewa J. i Stenia R. W Rewalu, w strażnicy Wojsk Ochrony Pogranicza jest też nasz kolega. Jaki ten świat mały! Mimo to wspólnie spotykamy się tylko okazyjnie. Jak jest czas, odwiedzamy też pobliskie miejscowości – Rewal, Pustkowo, Pobierowo, Niechorze.
Niestety po pół roku Jola zostanie przeniesiona do Dreżewa, bo tam nie było zootechnika, a ja zostaję w Trzęsaczu, gdzie poznaję przystojnego młodzieńca o imieniu Stanisław, który jest pracownikiem gospodarstwa. Naszą główną atrakcją jest pieczenie placków ziemniaczanych. Robi to najczęściej Jadzia, bo ona lepiej gotuje. Zapraszamy też innych, bo wtedy zwykle jest wesoło. Uczę się gotować, chociaż nie zawsze jestem w stanie zjeść, co ugotuję. Na szczęście przez cały okres naszego stażu dożywia nas pani Zosia i żona kierownika – pani Gabrysia.
Życie kulturalne odbywa się w klubo-kawiarni. Jak na tamte lata w małej miejscowości dzieje się całkiem sporo. Raz w miesiącu kino objazdowe, występy zespołów, zabawy, do tego dożynki, mikołajki, różne prelekcje. Nie nudzimy się.
Jest w tym jednak jedno „ale”. Droga. Kiedy pada deszcz, albo śnieg – nie ma dojazdu. Czasami rady nie daje nawet traktor czy nieodzowny Żuk. Wiele razy kierowca, pan Włodzimierz K., wynosił nas z kałuży, w której samochód właśnie ugrzązł.
Znajomość ze Stanisławem się rozwija. Chętnie służy pomocą przy drobnych naprawach sprzętu w pokoju, zaprasza na spacery.

Czas biegnie szybko. Zbliża się lato. Zaczynają przybywać wczasowicze. Muszę opuścić mój pokój i przenieść się do małego pokoiku w podwórku. Zaczynam myśleć o pozostaniu nad morzem i rozglądam się za pracą, nie informując o tym mamy. Dostałam przecież pozwolenie tylko na jeden rok!
Jola i reszta koleżanek wraca do rodzinnych domów. Jadzia wychodzi za mąż i wraca w okolice Leszna. Nie wszystkie dziewczyny jednak wracają. Ewa poznaje Zygmunta i zostaje w Cerkwicy. Później przeniosą się do Pyrzyc. Stenia wychodzi za mąż za mieszkańca Cerkwicy i również zostaje. Zresztą mieszka tam do dzisiaj.
Ja też zostaję. Wprawdzie kończy mi się staż, który wspominam bardzo mile, ale załatwiłam sobie pracę jako zootechnik w Starzy koło Świerzna, w tamtejszym pegeerze.