Widoki.info mają w zanadrzu prawdziwą bombę, przy której blednie ucieczka „mojego” pilota. Kończę więc tę opowieść, która w 2002 roku zajmowała czytelników w Rewalu przez trzy kolejne numery „Klifa”. Wtedy to było coś – podziw dla determinacji ludzi, którzy zdecydowali się opuścić kraj oraz dla kunsztu pilota lecącego sporym „klamotem” tuż nad morzem. Dziś to tylko jedna z wielu opowieści z czasów wojny jaruzelsko-polskiej, przyczynek do badań nad losami Polonii.
Przypomnijmy: 19 października 1982 roku, a więc w czasie trwania stanu wojennego w Polsce, samolot rolniczy An-2 z dwudziestoma osobami na pokładzie wystartował z polowego lotniska w Cerkwicy i bez żadnych przeszkód wylądował po drugiej stronie Bałtyku. Za sterami „Antka” siedział pilot Jacek A. Stelmaszyk, kapitan agrolotnictwa. Na pokładzie byli też inni piloci. Były też żony i małe dzieci, całe rodziny.

zapisane-10-2Jacek Stelmaszyk przyjechał do Rewala na wypoczynek, kilka razy spotkał się z „Klifem” i chętnie opowiadał o Wielkim Przelocie. Później przez jakiś czas korespondowaliśmy mailowo, ale potem kontakt się urwał.

Ucieczka, jak wszystko, miała dwie prawdy. Jedna to prawda pilota Stelmaszyka, druga – jednej z uczestniczek, Grażyny Karbownik, która zdecydowała się wrócić do Polski i z tzw. własnej nie przymuszonej woli opowiedziała dziennikarzom „Głosu Szczecińskiego” i „Kuriera Szczecińskiego” o dramacie, jaki przeżyła, o szykanach w Szwecji, tęsknocie i niezłomnej chęci naprawienia krzywdy uczynionej ludowej Ojczyźnie.

Chciałabym przestrzec wszystkich ludzi, zwłaszcza młodych, przed lekkomyślnymi krokami. Być może wielu uciekinierów do tego się nie przyznaje, ale zżera ich tęsknota. Przekonałam się też, że każdy, kto nawet nielegalną droga opuścił kraj, może do niego wrócić. Swój błąd naprawię. Chcę na nowo rozpocząć pracę w szkole, w której uczyłam. Mam 32 lata, jestem absolwentką Akademii Wychowania Fizycznego w Katowicach i mam nadzieję, że wrócę do pracy z młodzieżą – kończyła swą długą wypowiedź w „Kurierze”.

A to fragmenty relacji pilota Jacka Stelmaszczyka o tym, co działo się po wylądowaniu na lotnisku koło Malmö. Pierwsze przesłuchanie, rutynowe pytania dotyczące tożsamości.

– I jeszcze nas pytano, czy mamy coś do oclenia.

– A mieliście?

– Skąd! Wylecieliśmy z Polski tak jak staliśmy. Nic ze sobą nie braliśmy, żeby nie budzić żadnych podejrzeń. Drugie przesłuchanie, też raczej luźna rozmowa, odbyło się na policji i trwało nie dłużej niż trzy kwadranse.

Potem zapytano nas, czy zgadzamy się odpowiedzieć na pytania dziennikarzy.

– I co? Zgodziliście się?

– Oczywiście. Chcieliśmy, by prawda o tym, co się dzieje w Polsce, ujrzała światło dzienne. Pół godziny odpowiadaliśmy na różne pytania, zadawane z reguły bardzo życzliwie.

Potem zawieziono nas do motelu na skraju Malmö.

Na drugi dzień policja kontynuowała przesłuchanie, bardzo rutynowe przesłuchanie w swobodnej atmosferze.

Chcę tu podkreślić, że Szwedzi przyjęli nas bardzo serdecznie, za co jestem wdzięczny do dziś.

Na koniec urzędnik policyjny zapytał mnie, zresztą bardzo uprzejmie, czy zgodzę się na przesłuchanie przez wywiad szwedzki. Zgodziłem się, ale nie miałem wiele do powiedzenia. W tej sytuacji tzw. tematy tajne nie były poruszane.

– Pewnie Szwedzi byli zawiedzeni i odesłali was do obozu dla uchodźców.

– Najpierw przeniesiono nas do hotelu w mieście, o stosunkowo wysokim standardzie. Stołowaliśmy się w restauracji hotelowej. Zaprowadzono nas do domów towarowych, gdzie kupiliśmy wszystko, co było nam potrzebne.

Chodziliśmy po mieście bez żadnych ograniczeń. Wszędzie byliśmy rozpoznawani i ciepło witani, pozdrawiani. Przecież w gazetach zamieszczono nasze zdjęcia.

I tak to trwało 5 tygodni. Któregoś dnia urzędnik imigracyjny zapytał nas, czy zechcemy przeprowadzić się do obozu dla uchodźców. Powiedzieliśmy, że tak, ale najpierw musimy tam pojechać i zobaczyć, w jakich warunkach przyjdzie nam żyć.

Szwedzi zgodzili się na takie rozwiązanie i pojechaliśmy do Oxelösundu. To taka mała miejscowość niedaleko Sztokholmu. Zdecydowaliśmy się na przenosimy do Oxelösundu od razu, jak tylko zobaczyliśmy obóz. Co jak mówię – obóz! To było osiedle złożone z pięknych domów 4-piętrowych, z luksusowo wyposażonymi mieszkaniami. Połowę z nich zajmowali działacze „Solidarności”, którzy dostali paszporty w jedna stronę. W pozostałych mieszkaniach byli Chilijczycy, popierający komunizm, wyrzuceni ze swojej ojczyzny przez generała Pinocheta.

– Historia lubi czasem płatać takie figle.

– No, właśnie. Początkowo między nami dochodziło do sprzeczek. Oni pisali na murze „Kochamy Jaruzelskiego”, my odpisywaliśmy obok „Kochamy Pinocheta”. W końcu wyjaśniliśmy sobie najistotniejsze różnice pomiędzy oboma generałami i zapanował spokój.

– Co robiliście w tym niby obozie?

– Przede wszystkim uczyliśmy się języka i nowych zawodów. Wiedzieliśmy dobrze, że fach przywieziony z Polski nie zda się na nic. Zwłaszcza piloci nie mieli żadnych szans. W lotnictwie cywilnym było olbrzymie bezrobocie. Ja jednak łudziłem się i po pewnym czasie nostryfikowałem licencję pilota. Ciężko było ze względu na język, ale udało mi się za trzecim razem. Prócz tego ukończyłem kurs mechaników samochodowych.

W Oxelösundzie mieszkaliśmy 11 miesięcy, a potem każdy wybierał, gdzie chce osiąść na stałe.

Ja uważałem, że Szwecja to etap przejściowy. Chciałem koniecznie wyjechać do Kanady, gdzie dwóch moich kolegów miało firmy lotnicze zajmujące się opryskami lasów. Tam pracowałbym w swoim zawodzie.

Niestety, żona i córki stanęły okoniem. Mówiły, że ze Szwecji jest blisko do Polski, a z Kanady – strasznie daleko.

Tłumaczyłem, że z Kanady do Polski leci się samolotem 9 godzin. Tyle samo trwa podróż promem przez Bałtyk.

Moje panie uparły się jednak i ostatecznie ustąpiłem. Zostaliśmy w Szwecji, zamieszkaliśmy w Malmö.

– A pozostali, gdzie ostatecznie wylądowali?

– Jeden z uczestników ucieczki zamieszkał w Sztokholmie, gdzie założył małą firmę i zajmuje się przewozami lotniczymi. Jego żona jest pielęgniarką. Inna rodzina osiadła w Halmstadt, dwie inne – podobnie jak my, w Malmö.

Jacek Stelmaszyk pierwszy raz przyjechał do Polski w 1990 roku.

Dodaj komentarz