Dzisiejsze notatki sporządzone na klifie są à propos. Jakże by inaczej, skoro nadeszły dni refleksji, zadumy, rozważań. Takie kwestie jak przemijanie, kruchość bytu i czas przeszły dokonany winny wzbić się ponad wszelkie podziały. Niestety, sprawy doczesne okazały się ważniejsze. W supermarketach tłok, z półek znikają nie tylko marne chryzantemy z importu i coraz droższe znicze, ale także wieńce i wiązanki z drutu i lakierowanego płótna. Przejazd w okolicach szczecińskiego Cmentarza Centralnego graniczy z cudem. A kolejki u fryzjerek i kosmetyczek? A wietrzenie futer? Długo można wymieniać stałe składowe październikowi-listopadowego jarmarku próżności.

Zazdroszczę, ale tylko ciut więcej niż trochę, mieszkańcom Pobierowa, Pustkowa, Trzęsacza, Rewala, Śliwina, Niechorza i Pogorzelicy, że mieszkają w Pobierowie, Pustkowie, Trzęsaczu, Rewalu, Śliwinie, Niechorzu i Pogorzelicy. Nad morzem, z dala od miejskiego zgiełku i przedświątecznego zamieszania. Życie w małej społeczności ma jednak także wady. Wszyscy widzą – kto kupił dynię i ją wydrążył, a potem zapalił ogarek, w środku dla niepoznaki, bo to ponoć dla diabła. Wszyscy wiedzą – kto kupił czekoladowe cukierki dla dzieciaków straszących psikusem.

Adam Mickiewicz wieszczem był, ale przyznajcie też, że wizjonerem. Przewidział, że wszelkie zagraniczne fanaberie będą potępiane. W „Dziadach” włożył w usta Guślarza taki to czterowiersz: Spieszmy cicho i powoli, poza cerkwią, poza dworem, bo ksiądz gusłów nie dozwoli, pan się zbudzi nocnym chórem.
Co tam, ja wielkie dynie na progu ustawiłem, zapas słodyczy przygotowałem. Ale też mam w zanadrzu krótki wykładzik o dawnym świętowaniu Dziadów (przed wiekami co najmniej dwa razy w roku – na pożegnanie zimy i pożegnanie lata), o Zaduszkach ważniejszych od Wszystkich Świętych, którym jeszcze w średniowieczu poświęcano pierwszy lub drugi dzień maja (!), zależnie od fazy Księżyca. Pewnie dzieciaki nie będą chciały słuchać. Polecą dalej, zapukają do kolejnych drzwi wołając „cukierek albo psikus”. I wcale się nie zdziwią na widok dorosłych przebierańców. Jak zabawa to zabawa, w poniedziałek oczywiście. Na powagę i zadumę przeznaczone są dwa następne dni.

kwiecien

Po raz kolejny wertuję roczniki „Klifa”, szczególnie wydania jesienne. O czym wówczas pisałem?
„Okruchy zwykłego życia strażaka Henryka Kwietnia” – to tytuł obszernych wspomnień o jednym z pierwszych mieszkańców powojennego Pobierowa („Klif” 16/147 z 3 listopada 2000 roku). Śmierć Henryka Kwietnia zaskoczyła mieszkańców Pobierowa. Fakt, miał swoje lata, ale wyglądał przecież na okaz zdrowia – tak zaczyna się wspomniany tekst.
Historia życia Henryka Kwietnia to historia Pobierowa, tutejszej Ochotniczej Straży Pożarnej, Funduszu Wczasów Pracowniczych. Był bowiem ratownikiem na plaży, pracował w FWP, pół wieku służył w Ochotniczej Straży Pożarnej w Pobierowie. Nie stronił także od innej pracy społecznej. Był radnym najpierw Powiatowej Rady Narodowej w Kamieniu Pomorskim, potem Gminnej Rady Narodowej w Rewalu.
Irena Kwiecień, wspominając męża, tak opisywała Pobierowo sprzed pół wieku: – To był rok 1950. Cała miejscowość należała do Funduszu Wczasów Pracowniczych. Możecie wierzyć lub nie, ale Pobierowo było wówczas jednym wielkim ośrodkiem wczasowym, chętnie odwiedzanym przez przodowników pracy z całej Polski.
Dostać się do Pobierowa nie było łatwo. Jedyna droga z Kamienia Pomorskiego wiodła przez Gostyń. Między Małym i Dużym Pobierowem był szlaban, stała budka wartownicza. Żołnierz skrupulatnie sprawdzał przepustki i skierowania na wczasy.
Okolica była przepiękna i nogi same niosły do lasu albo na plażę. Wczasowicze byli jednak pod kontrolą, w każdym widziano szpiega. Nam, stałym mieszkańcom, łatwiej było poruszać się wokół Pobierowa.
Ostatni akapit tekstu: – Ot, zwykłe życie mojego męża i moje. Jak każde inne – Irena Kwiecień uśmiechnęła się smutno do wspomnień, a po policzku potoczyła się wolniutko samotna łza.

jagiello

Listopad 2006. W „Klifie” nr 17/298 wspomnienie o Władysławie Jagielle, który na 15 południku stworzył prywatne muzeum poświęcone fenomenowi Trzęsacza i jego unikalnym zabytkom. Był to tekst napisany z wielkim smutkiem, bardzo osobisty, bo znałem Władka także jako pilota i instruktora. Latałem z nim małym samolotem nad brzegiem Bałtyku.
Zacząłem tak: Niedawno dzwonił, zapraszał do Trzęsacza na dobrą kawę i „coś jeszcze”. Może chciał pokazać nowe eksponaty w swoim muzeum, albo zwyczajnie porozmawiać, bez żadnego interesu. W końcu umówiliśmy się na spotkanie przy tzw. najbliższej okazji.
Nie zdążyłem, nie dojechałem, już nie porozmawiamy. Władysław Jagiełło nie żyje. Zmarł niespodziewanie, w sekundzie jednej. Widocznie Pan Bóg pilnie potrzebował Władka na swoim niebiańskim lotnisku.
Nieco dalej napisałem, że Władek: Na początku naszej znajomości wyłożył swoją filozofię życia. I powiedział, że każdy człowiek rodzi się w określonym celu ustalonym przez Stwórcę, jest trybikiem w skomplikowanym mechanizmie Wszechświata.

Minęło kolejne dziesięć lat. Dotarła do mnie wiadomość o tragicznej śmierci Wojtka Ciszka, wieloletniego za moich czasów sołtysa Pogorzelicy. Znaliśmy się dobrze, mogłem więc pożegnać Go dobrym słowem drukowanym. Niestety, „Klifa” też już nie było.

* * *

Do spraw poruszanych w poprzednich zapiskach powrócę za tydzień. Panie Andrzeju – cierpliwości.

Dodaj komentarz