W piątek 12 bm. na Cmentarzu Centralnym w Szczecinie pożegnaliśmy inż. Olgierda Maciejewicza, najmłodszego syna Kapitana Kapitanów.

Sławnego kapitana, który w 1997 roku został patronem szkoły w Rewalu.

Piąta rocznica tego wydarzenia, z udziałem inż. Olgierda Maciejewicza, była obchodzona bardzo uroczyście, a obszerna relacja zachowała się na łamach „Klifa” (z 22 listopada 2002 roku). Warto przypomnieć ten tekst i okrasić zdjęciami.


Morski jubileusz szkoły w Rewalu

Czas jest nieubłagany, i z tym jakoś można się pogodzić. Ale dlaczego upływa tak szybko?

Pięć lat temu Szkoła Podstawowa w Rewalu otrzymała imię kapitana żeglugi wielkiej Konstantego Maciejewicza. Pięć lat? Wydaje się, że to było wczoraj. No tak, uczniowie, którzy z rąk pani dyrektor przejęli nowy wówczas sztandar szkoły, dziś zbliżają się do pełnoletności. Zmieniła się też rewalska placówka – została przekształcona w Zespół Szkół Sportowych składający się z przedszkola, podstawówki, gimnazjum, a w niedalekiej przyszłości także z liceum.

Dyrektor Wanda Szukała-Błachuta zapewniała wielokrotnie, że zadba o zachowanie morskiego charakteru szkoły, że Kapitan Kapitanów pozostanie patronem.

Przekazuję te zapewnienia synowi kapitana Maciejewicza, Olgierdowi, gdy dowiaduje się, że hala sportowa w Rewalu została wybudowana i sport stał się oczkiem w głowie wójtów. Dodaję, że te zmiany w rewalskiej oświacie to nic złego. Taka jest potrzeba chwili, a stworzenie zespołu szkół ma być panaceum na kryzys finansowy dotykający boleśnie polski system edukacji.

Razem z inżynierem Maciejewiczem jadę ze Szczecina do Rewala na uroczystość pięciolecia nadania szkole imienia jednej z najbardziej znamienitych postaci wśród polskich wilków morskich.

– Ojciec zawsze był zwolennikiem sportowego wychowania młodego pokolenia – przypomina inżynier Maciejewicz. – W szkole morskiej nie było miejsca dla fajtłapy czy ofermy. Pierwsze kroki przyszły marynarz stawiał na pokładzie szkolnego żaglowca. Kandydat musiał być silny i gibki. Inaczej nie poradził sobie na wantach i rejach.

– Niegdyś statki były z drewna, a marynarze z żelaza. Dziś niestety jest odwrotnie – mruczę pod nosem, bo nie wypada chwalić się, że „Znaczy kapitana” znam na pamięć.

– Niestety – wtóruje mi syn kapitana.

I po chwili mówi z nadzieją:

– Może da się pogodzić nową szkołę, sport i tradycje morskie.

A ja przypominam historię kapitana Edwarda Gubały, który jako uczeń szkoły morskiej w Tczewie podczas stawiania żagli na szkolnym żaglowcu pociągnął nieostrożnie za jedną z lin (zwaną sejzingiem) i zaczął spadać z wysokości kilkudziesięciu metrów, prosto na pokład. Na szczęście odruchowo zacisnął dłoń na linie i nie puścił, gdy leciał w dół. W pewnym momencie lina napięła się i zasprężynowała. Gubała zawisł na niej, a po chwili zaczął się wspinać. Wrócił na reję, dokończył mocowania żagli i po wantach zszedł na pokład. Nie ma wątpliwości, przyszłego kapitana uratowała siła ramion, które nieustannie trenowane składały się wyłącznie z potężnych muskułów.

Inżynier Olgierd Maciejewicz potwierdza, że trzeba być aktywnym przez całe życie. Rocznik 1926, dziś jest na emeryturze. Uprawia działkę, udziela się w parafialnym Caritasie, zbiera znaczki z papieżem Janem Pawłem II, ma bardzo duży zbiór (1500 sztuk) okolicznościowych stempli pocztowych z Ojcem Świętym. Nade wszystko jednak kolekcjonuje wszystko, co ma związek ze słynnym tatą, Kapitanem Kapitanów, a także całą rodziną Maciejewiczów, od kilku pokoleń związaną z morzem – dokumenty, zdjęcia, notatki, książki, różne pamiątkowe przedmioty.

W pewnym momencie senior rodu (jego starszy brat Konstanty zmarł kilka lat temu) zamilkł, zamyślił się i nagle stwierdził:

– Nie zgadnie pan, co mi się dzisiaj śniło?

– Nawet nie próbuję – odrzekłem zgodnie z prawdą.

– Stocznia, pochylnia i statek budowany według mojego projektu. Proszę sobie wyobrazić, że od wewnątrz wyłożono go cegłami. Tłumaczyłem, pokazywałem obliczenia, przekonywałem, że są znacznie lżejsze i trwalsze materiały do ocieplenia i wykończenia, a stoczniowcy uparli się na cegły. Okropny sen.

– Może proroczy? – pytam. – Może oznaczać odbudowę przemysłu stoczniowego, albo całej gospodarki morskiej.

– Bardzo bym chciał – usłyszałem w odpowiedzi.

Inżynier Maciejewicz całe życie przepracował w Stoczni Szczecińskiej, w biurze konstrukcyjnym, dokonując najtrudniejszych obliczeń, dzięki którym stalowe kolosy nafaszerowane najnowocześniejszą techniką pływają po dziś dzień po morzach i oceanach.

– To przecież niemożliwe, wbrew naturze, by taka kupa złomu utrzymywała się na powierzchni wody – żartuję licząc, że pan Olgierd odpowie na zaczepkę i zacznie snuć wspomnienia. Bo sen mara – Bóg wiara, i rzeczywiście gospodarka morska powstanie jak Feniks z popiołów, ale na razie tylko tyle z niej pozostało – pamięć o pięknych czasach i wspaniałych ludziach. I to trzeba ocalić i ofiarować najmłodszym. Niech zabiorą w lepsze czasy obraz polskich stoczni, polskich statków. Niech wiedzą, że byliśmy kiedyś krajem z maciupeńkim skrawkiem wybrzeża, gdzie wioska rybacka stała się wielkim portem, i skąd łatwo było zobaczyć Polskę od morza do morza. Dziś kraj z 500-kilometrowym brzegiem nie szanuje tego, co zyskał prawie 60 lat temu.

I dlatego inżynier Olgierd Maciejewicz, mimo słusznego wieku, chętnie jeździ do „rodzinnych” szkół i krzewi morskie tradycje.

Prócz szkoły w Rewalu, imię kapitana Konstantego Maciejewicza nosi Szkoła Podstawowa nr 56 w Szczecinie, Pogotowie Opiekuńcze na Łabędziej także w Szczecinie, szkoły w Stepnicy i Kołobrzegu.

I tylko w szczecińskiej Alma Mater propozycje nadania imienia Kapitana Kapitanów rozbijają się o mur obojętności.

– Nawet nie dostałem odpowiedzi na moje pismo – mówi z goryczą Olgierd Maciejewicz.

Ale za chwilę uśmiecha się promiennie, bo dojeżdżamy do szkoły w Rewalu ozdobionej flagami kodu morskiego, a w drzwiach wita nas dyrektor Wanda Szukała-Błachuta wraz z grupą uczniów zwanych tutaj wilczkami morskimi, ubranych galowo. Istotnym elementem stroju są kołnierze marynarskie.

– Czy pani wie, co napisaliście przy pomocy flag sygnałowych (każda odpowiada konkretnej literze alfabetu – przyp. red.) – pytam panią dyrektor.

– Mam nadzieję, że żadne świństwa – odpowiada.

– Ja też mam taką nadzieję.

Wstyd powiedzieć, ale już nie pamiętam abecadła morskiego, które instruktor wbijał nam do głowy na kursie żeglarskim.

Rozpoczyna się uroczystość. Inżynier Olgierd Maciejewicz zajmuje honorowe miejsce w pierwszym rzędzie, na wprost szkolnego chóru, który właśnie szykuje się do występu.

Wśród zaproszonych gości delegacje szkół, którym patronuje kapitan Konstanty Maciejewicz (niektóre przyjechały z pocztami sztandarowymi), przedstawiciele Szczecińskiego Związku Żeglarskiego, zajmującego się edukacją morską, z Wiesławem Seidlerem na czele. Są nauczyciele i uczniowie ze szkół w Niechorzu i Pobierowie. Gminę reprezentuje inspektor ds. oświaty Elżbieta Pekról-Cyrulik.

Powszechne zdziwienie wśród zaproszonych gości budzi nieobecność wójtów.

– Czy to znaczy, że gmina Rewal nadal stoi plecami do morza? – odpowiedź na to pytanie postaramy się znaleźć w niedalekiej przyszłości.

Na razie klifowy brzeg w całej gminie (z wyjątkiem niewielkiego odcinka w Niechorzu) jest gęsto zarośnięty. Krzaki zasłaniają morze. Widok, za który na całym świecie płaci się ciężkie pieniądze, u nas jest niedostępnym z naturalnych, można powiedzieć, powodów. Czy to można zmienić? I na to pytanie nie uzyskaliśmy odpowiedzi, gdyż mimo zaproszenia do Rewala nie przyjechali wyżsi rangą urzędnicy Urzędu Morskiego w Szczecinie.

Uroczystość przygotowana przez uczniów, pod kierunkiem Elżbiety Tworek, Edyty Nowak-Majdzińskiej, Lucyny Dudys, Lidii Kondarewicz i Aliny Pawłowskiej, potoczyła się wartko.

Rozpoczęła Magda Jaszczuk w imieniu samorządu uczniowskiego, składając raport dyrekcji szkoły.

Dyrektor Wanda Szukała-Błachuta w okolicznościowym wystąpieniu zapewniła, że stojąc u progu zjednoczonej Europy szkoła będzie pielęgnować nasze morskie tradycje. Przypomniała także, iż wśród sekcji stworzonych przez Zespół Szkół Sportowych jest sekcja żeglarska. Dzieciaki niezwykle chętnie oswajają się z tajemnicami najmniejszej łódki żaglowej zwanej „Optymistem”.

Następnie uczniowie przypomnieli sylwetkę kapitana Konstantego Maciejewicza.

– Nie wszystkie szkoły mają szczęście posiadać tak niezwykłego patrona – stwierdzili.

Na koniec tej części uroczystości złożono wiązankę kwiatów pod tablicą pamiątkową przy wejściu do szkoły.

Po krótkiej przerwie przedstawiono inscenizację o tematyce morskiej z udziałem chóru oraz referat na temat historii Rewala, w którą – jak się okazało – są uwikłani również Kozacy i żołnierze napoleońscy.

Nieodłącznym elementem morskiego święta w rewalskiej szkole jest pasowanie pierwszoklasistów na „marynarzy”. Tak było i tym razem. Najmłodsi uczniowie zostali poddani kilku próbom, które zdali celująco. Szli po linie jak po sznurku, rzucali bardzo celnie do koła ratunkowego, nie trafiając w żadnego z gości woreczkami z grochem i z bohaterską miną łykali plasterki cytryny.

– Wszyscy przeszli próbę i teraz są wilczkami morskimi – orzekła pani dyrektor. I otrzymała czapkę marynarską wraz z życzeniem, by „była naszym kapitanem”.

Potem przemawiali zaproszeni goście, a na zakończenie młodzież fotografowała się z inżynierem Maciejewiczem. A Wiesław Seidler zaaranżował niecodzienne zdjęcie przybyłych na uroczystość pocztów sztandarowych.

I jak tam byłem, ale marynarskiego grogu nie piłem, bo nikt w szkole nie wiedział, jak go przyrządzić. Ale i tak było fajnie.

Jacek Jasiewicz

Ps. Może jednak panie nauczycielki odpowiedzialne za edukację morską popytają rewalskich rybaków, jak się robi grog, i podadzą go podczas zabawy andrzejkowej urządzanej w rewalskiej szkole w szczytnym celu wspomożenia szczupłych funduszy Rady Szkoły.

 

Dodaj komentarz