– Ech, Pobierowo. Kiedyś to było coś… To westchnienie zabarwione nostalgią obudziło demony przeszłości. Dopadły mnie na kardiologii w szpitalu przy ulicy Arkońskiej. Dopadły, ale nie zjadły.
Łóżko w łóżko leżeli tam dwaj sercowcy. Ten, który westchnął, miał zawał i został przywieziony śmigłowcem z Kamienia Pomorskiego, bo jedyna karetka nie mogła opuścić miasta. Drugi, wiele lat temu pomieszkiwał w Pobierowie, ale jego serce nie mogło liczyć na pomoc z pobliskiego Kamienia. Oferowały ją odległe Gryfice. I jak tu żyć bez strachu o własne zdrowie i życie?
Pobierowo zawsze ciążyło do Kamienia Pomorskiego, choćby z racji odległości. Nie miało jednak szczęścia do decyzji reformatorów administracji kraju. Po wojnie, przez dziesięć lat, Pobierowem rządziła gmina Gostyń. Następne dwadzieścia lat spędziła pod skrzydłami gminy Świerzno. Teraz należy do Rewala i od lat rywalizuje z pozostałymi miejscowościami o bycie pępkiem świata. Nie zawsze skutecznie, więc często wydaje pomruki niezadowolenia (do sprawdzenia na stronach „Klifa”, służę wydrukami).

Ech, Pobierowo. Kiedyś…

Pierwsza połowa lat siedemdziesiątych, przełom zimy i wiosny. Do Pobierowa przyjechali przedstawiciele wielkich zakładów przemysłowych, głównie ze Śląska, dyrektorzy do spraw pracowniczych i kierownicy działów socjalnych. Temat narady to oczywiście przygotowania do sezonu letniego. Tym jednak razem naczelnik Henryk Przychodzeń nie opowiadał o planach i zamierzeniach gminy.
– Co wy zrobicie dla gminy? – zapytał mocnym głosem, akcentując szczególnie słowo „wy”. Pytanie było retoryczne, bo za chwilę zebrani usłyszeli, co muszą zrobić. Długą listę otwierały inwestycje komunalne – wodociąg, kanalizacja, ulice, chodniki… Wówczas po raz pierwszy padło słowo „partycypacja”, powtarzane potem wielokrotnie. Przez salę kina „Delfin” przeszedł szmer, najpierw zdziwienia, potem oburzenia. Publicznie jednak wzywani do mikrofonu dyrektorzy i kierownicy nie krytykowali owej partycypacji, starali się jednak unikać jasnej odpowiedzi. Między Bogiem a prawdą, cóż mogli zadeklarować, skoro jadąc do Pobierowa nawet nie wiedzieli, że mają uczestniczyć w budowie nowej rzeczywistości gminy Rewal.
Teraz będzie najsmaczniejsze. Młody reporter „Kuriera Szczecińskiego” wsłuchał się w głosy oburzenia i napisał krótki felieton o arogancji lokalnej władzy. Natomiast wytrawny dziennikarz „Głosu Szczecińskiego” zachwycił się gospodarskim podejściem naczelnika P. do problemów gminy. No i wybuchła afera, jak się patrzy. Jakim prawem „Kurier” napisał inaczej niż „Głos”? Wyjaśnienia i konfrontacje doprowadziły sytuację do absurdu. Kolega z „Głosu” powiedział, że „Kuriera” w Pobierowie nie było, chociaż… obaj dziennikarze wracali razem służbowym autem!
Domyślacie się, że ów młody (dodam – naiwny) reporter „Kuriera” to w przyszłości Wasz ulubiony „Klifek”. Od tamtego dnia Pobierowo kojarzyłem z fatalną naradą w kinie „Delfin”. Zamazany natomiast był obraz długiej i cichej ulicy Grunwaldzkiej ze szpalerem równo przyciętych drzew po obu jej stronach oraz przystankiem PKS przy poczcie.

Ech, Pobierowo. Kiedyś…

Początek lat dziewięćdziesiątych. Dyrektor FWP zachęca do kupowania działek wraz z charakterystycznymi drewnianymi domkami. Warto, naprawdę warto – mówi w zaufaniu. To, czego nie sprzeda, będzie musiał przekazać gminie, bo Funduszu nie stać na płacenie podatków i opłat, które w samym tylko Pobierowie sięgają niebotycznych wielkości.
Decyduję się. Wybieram działkę i jadę do Międzyzdrojów, by sfinalizować kupno. I znów niefart daje znać o sobie. Dyrektor FWP w konfuzji, mocno przeprasza za pomyłkę, ale nieruchomość wcześniej sprzedał pani dyrektor pewnej bardzo ważnej instytucji z Gryfic. Może inną działeczkę? Niestety, każda inna jest mało atrakcyjna. Porośnięta krzaczorami z domkiem w opłakanym stanie. Ostatecznie zostaję z niczym.

Druga połowa lat dziewięćdziesiątych. Niemal wszystkie domki po FWP w Pobierowie zostały zastawione w bankach, zapewniając w ten sposób finansowanie wielu inwestycji komunalnych. Sprzedać ich nie można, ale wydzierżawić – tak. Jedne w drodze przetargu, inne w dowód wdzięczności za pomoc w budowie na przykład oczyszczalni ścieków. Tym sposobem idąc ulicą Grunwaldzką spotykamy osoby publiczne. A to zza płotu uśmiecha się poseł Piechota, a w sklepowej kolejce stoi przewodniczący sejmiku Zychowicz. Gdzieś z dala od zgiełku ma domek marszałek Senatu RP Stelmachowski.
Pewnego dnia i ja stałem się użytkownikiem takiego domku, a to za sprawą Adama Olkiewicza. Absolutnie niespodziewanie, podczas przetargu na dzierżawę bodaj ostatnich domków. Zawsze chętnie chodziłem na takie imprezy, bo to był gotowy materiał do „Klifa”. Tłum chętnych, nerwowa atmosfera, gorączkowe podbijanie ceny… Siedziałem w sali sesyjnej Urzędu Gminy w Rewalu i skrzętnie wszystko notowałem. W pewnym momencie Adam szturchnął mnie w bok.
– Licytuj ten domek – szepnął i wskazał na kolejną pozycję gminnego wykazu.
– Daj spokój. Nawet nie wiem, gdzie to jest – odparłem bez większego zainteresowania.
– Startuj. Nie pożałujesz.
Zacząłem przysłuchiwać się licytacji. Czynsz dzierżawny za samotny domek przy ul. Jana z Kolna piął się błyskawicznie do góry. Zastanawiające. Coś musi być w tej drewnianej chatce, skoro ludzie tak się biją. Może więc warto zaryzykować. Dacie wiarę? Wszedłem do licytacji w ostatniej chwili i wygrałem!
– Zobaczysz, nie pożałujesz – powiedział Adam Olkiewicz, widząc niepewność na mojej twarzy.
Rzeczywiście, nie żałowałem.

Domek u zbiegu ulic Grunwaldzkiej i Jana z Kolna był przez kilka lat letnią redakcją „Klifa”. Pewnego roku stał się także… siedzibą komitetu wyborczego. Za namową kilku zaprzyjaźnionych mieszkańców Pobierowa postanowiłem wystartować w wyborach na wójta gminy Rewal. Pamiętałem dobrze, co mówił Jan Pietrzak podczas recitalu w Rewalu, parafrazując odezwę komika Coluche, który chciał zostać prezydentem Francji. Powtórzyłem za nimi: „Głosujcie na mnie. Jasiewicz – jedyny kandydat na wójta, który nie ma powodów, by was okłamywać”.
Szefową mojego komitetu została ówczesna pani sołtys Pobierowa. Uzgodniliśmy skład komitetu wyborczego i listy poparcia, ułożyliśmy program uwzględniający aspiracje Pobierowa.
Pewnego dnia wszystko rozsypało się jak domek z kart.
– Ja rezygnuję, reszta pewnie też. Konsultowałam się z mieszkańcami. Nie zagłosują na ciebie, bo nikt cię tutaj nie zna – powiedziała pani sołtys (niech jej imię będzie zapomniane).
Obcy? Ósmy pasażer Nostromo? Po tylu latach wydawania „Klifa”?!
Wkrótce potem gmina wypowiedziała umowę dzierżawy pod pretekstem przeznaczenia domku przy Jana z Kolna na inne, ważne cele. Przez następny rok, a może nawet dwa lata, domek stał pusty. Potem gmina urządziła tutaj punkt informacji turystycznej, a wokoło wyrosło hałaśliwe miasteczko z jarmarcznymi budami.
I taka to historia, która ma swój „CDN”, jeszcze bardziej frapujący. Może nie następnym razem, ale na pewno za 2-3 tygodnie wrócę do tematu.

1 komentarz

  1. W tej części, największym wspomnieniem dla mnie jest to zdjęcie 🙂
    Nawet dokładnie to wydanie „Klifa” stoi na półce z pamiątkami.
    Pozdrawiam Panie Jacku.

Dodaj komentarz