– Kajakiem przez Bałtyk? Na Bornholm? Też mi wyczyn! – prychnął lekceważąco pewien mieszkaniec Rewala, komentując przypomniany tydzień temu tekst w Klifie” o ucieczce z Polski dwóch wczasowiczów, która spowodowała przemianę jeziora Liwia Łuża w rezerwat ptaków. – Doba w kajaku przepłynął ocean, w dodatku dwa razy. To rozumiem.

O tym wydarzeniu z końca lat pięćdziesiątych wiemy niewiele. Nie wspominają o nim książki o ucieczkach z PRL-u. Mamy jedynie relację z drugiej ręki, opublikowaną w „Klifie”.

Natomiast o innej ucieczce, też z naszego regionu, wiemy właściwie wszystko. Mamy relację z pierwszej ręki, sporo zdjęć i dokumentów. Można powiedzieć komplet materiałów, by napisać scenariusz na konkurs filmowy. Oto fakty:

19 października 1982 roku, a więc w czasie trwania stanu wojennego w Polsce, samolot rolniczy An-2 z dwudziestoma osobami na pokładzie wystartował z polowego lotniska w Cerkwicy i bez żadnych przeszkód wylądował po drugiej stronie Bałtyku. Za sterami „Antka” siedział pilot Jacek A. Stelmaszyk, kapitan agrolotnictwa. Na pokładzie byli też inni piloci: Janusz Kruszona – pracujący wówczas w PLL LOT, jego brat Waldemar – pracownik Aeroklubu Szczecińskiego i Lech Czajkowski – szef wyszkolenia pilotów w Aeroklubie Szczecińskim. Byli też „cywile”, były żony i małe dzieci. Całe rodziny uczestniczyły w ryzykownym locie z Polski do Szwecji.

Ucieczka, staranie przygotowana i precyzyjnie przeprowadzona (w końcu polscy lotnicy są najlepsi na świecie, niemal z urzędu mają tytuły mistrzów Europy i świata w lataniu rajdowo-nawigacyjnym), odbiła się szerokim echem w mediach, zwłaszcza po powrocie do Polski jednej z uczestniczek Wielkiego Przelotu.

zapisane-9-2
Dwadzieścia lat po tym wydarzeniu pilot-uciekinier Jacek Alojzy Stelmaszyk przyjechał na wypoczynek do Rewala. Doszło do kilku spotkań, w wyniku których powstał prasowy odcinkowiec, wart w przyszłości przypomnienia w całości. Na razie tylko skromne cytaty, można powiedzieć – dla zaostrzenia apetytu.

Mieszkaniec Rewala, Jarosław Ryczko, sprawił, że niedawno doszło do spotkania dwóch JAS-ów. Pierwszy to Jacek Alojzy Stelmaszyk, polski pilot mieszkający w Szwecji, który w 1982 roku uciekł samolotem z pobliskiej Cerkwicy do Malmö. Drugi to Jacek Jasiewicz, właściciel Wydawnictwa JAS i redaktor naczelny „Klifa”, używający od 35 lat, a więc od debiutu w „Kurierze Szczecińskim”, dziennikarskiego pseudonimu JAS.

Pilot: – Co za przypadek! Porozmawiamy jak JAS z JAS-em.

Dziennikarz: – Najlepiej o samolotach.

– Szwedzkich JAS-Grippenach?

– Nigdy mnie nie podniecały samoloty wojskowe. Wolałem lotnictwo sportowe. I tu panu zdradzę, że w latach siedemdziesiątych dostałem piękną nagrodę lotniczą. Nazywa się Błękitne Skrzydła.

– Chapeau bas. Nie unikniemy jednak rozmowy o samolotach wojskowych, gdyż ich sylwetki prześladowały mnie nawet we śnie. Gdy minąłem linię brzegową i znalazłem się nad Bałtykiem – patrzyłem tylko, czy już lecą? Zestrzelą nas, czy nie zestrzelą? Taka myśl chodziła mi po łepetynie. Co prawda zaprzyjaźnieni piloci wojskowi zapewniali mnie, że jest to niemożliwe, ale do końca nie miałem pewności.

– Piloci wiedzieli o planach ucieczki?

– Ależ nie. Przy jakieś okazji rozmawiałem z nimi czysto teoretycznie. Byli to piloci tzw. dyżurnej dwójki, czyli podrywani w powietrze w przypadku jakichś nadzwyczajnych wydarzeń. Powiedzieli, że zestrzelenie cywilnego samolotu lecącego nisko nad wodą jest bardzo ryzykowne, bo po oddaniu strzałów może zabraknąć czasu na wyjście w górę i myśliwiec zaryje nosem w Bałtyk. Mówiąc krótko, żadna para dyżurna w nocy nie zejdzie poniżej tysiąca metrów.

– A rakiety zdalnie sterowane?

– Ponoć także niezdatne do użycia, gdyż „Antek”, którym uciekaliśmy, nie wytwarzał wokół siebie tak wysokiej temperatury, by mógł stać się pewnym celem dla rakiety.

– O ile pamiętam, to w stanie wojennym, w pobliskim Bagiczu, gdzie stacjonowały samoloty naszego ówczesnego sojusznika, pojawiły się bardzo nowoczesne śmigłowce Mi-24, z radarem na pokładzie, uzbrojone w rakiety. Opowiadano o nich cuda.

– Też o nich słyszałem. Latały cicho, nisko i bardzo szybko – prawie 300 km na godzinę. Bardzo się bałem tych śmigłowców szturmowych. Bałem się, że Rosjanie będą chcieli się wykazać. Ale uruchomienie tego cudu techniki wojskowej wymagało uzgodnień na wysokim szczeblu pomiędzy Warszawą a Moskwą. I ta biurokracja pozwoliła nam bezpiecznie dolecieć w okolice Bornholmu, a potem do Malmö.

zapisane-9-3
I jeszcze jeden fragment tej rozmowy.

– Kiedy poczuliście się bezpieczni?

– Jakiś kwadrans przed Bornholmem. Przez radio zawiadomiliśmy miejscowe lotnisko, że lecimy z Polski i kierujemy się do Szwecji. Wtedy po obu stronach naszego „Antka” pojawiły się dwa szwedzkie Vigeny i asystowały nam do samego końca. To był niesamowity widok. Odrzutowce szły jak przyklejone, ani na chwilę nie traciły naszej szybkości. A my przecież lecieliśmy wolno, 170-190 km na godz.

Wreszcie wylądowaliśmy na lotnisku Stulup koło Malmö.

Czy Szwedzi przygotowali komitet powitalny? Jak na ucieczkę zareagowała propaganda stanu wojennego? Jak dalej potoczyły się losy ludzi, którzy przelecieli po ciemku Bałtyk w poszukiwaniu wolności? Kiedy znów mogli przyjechać do Polski?

O tym przeczytacie za tydzień.

Dodaj komentarz